Polityka historyczna – potrzeba zmian

Zmiany na polskiej scenie politycznej w sposób zasadniczy rozbudziły nadzieje środowisk patriotycznych liczących na duże zmiany również w zakresie polskiej polityki historycznej. Zaniedbania są w tej dziedzinie duże. Aby dobrze zdiagnozować ten problem, warto porównać, co działo się w tej materii w Polsce i w Niemczech przez ostatnie dekady.
Pojęcie polityki historycznej stało się jednym z najbardziej modnych w ostatnich latach. Jej rozumienie jest zdecydowanie uzależnione od koncepcji filozoficznej oraz od uwarunkowań cywilizacyjnych. W rozumieniu klasycznym (łacińskim) polityka historyczna powinna polegać przede wszystkim na promowaniu prawdy o przeszłości, w szczególności przeszłości własnego narodu. Tak więc w kontekście międzynarodowym nie chodzi o propagowanie kłamstw wybielających naszą przeszłość, ale o prawdę, która zawsze ma moc oczyszczającą i prowadzi do kreowania wspólnoty narodowej. Współczesna ideologia postmodernistyczna promująca tzw. ahistoryzm prostą drogą prowadzi do rozbicia życia narodowego, przerwania kulturowej ciągłości pokoleń1.
Musimy zwrócić również uwagę na fakt, że ważny jest sposób prowadzenia tejże historycznej polityki. W literaturze przedmiotu mówi się o tzw. „piramidzie komunikacyjnej”, na szczycie której są badania naukowe, dalej edukacja szkolna, media itp. Zatem kiedy będziemy analizować konkretne przejawy polityki historycznej we współczesnym świecie, trzeba brać pod uwagę wszystkie jej poziomy.
Nie ulega wątpliwości, że na szczególną uwagę zasługują wzajemne relacje na tym poziomie politykowania, jakie zachodzą między Polską a jej sąsiadami. Za przedmiot porównania wziąłem Niemcy i Polskę, dwa kraje w sposób zasadniczy skonfliktowane w dwudziestym wieku.
Wydaje się, że jedną z najważniejszych kwestii dla obu krajów jest sprawa rozliczenia z dziedzictwem komunizmu. Zjednoczenie Niemiec dokonane pod dyktando RFN ułatwiło naszemu zachodniemu sąsiadowi rozliczenie z epoką komunistyczną. Lustracja i dekomunizacja dokonała się na terytorium byłego NRD na początku lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku i wydaje się – był to proces bardzo głęboki2. Wszystko to było niezmiernie ważne, gdyż na niemieckie życie publiczne nie miała zasadniczego wpływu warstwa społeczna bardzo głęboko zainteresowana zamazywaniem odpowiedzialności za czasy totalitaryzmu. A pamiętajmy, że polityka historyczna współczesnych państw skupia się na rozliczeniu z przeszłością hitlerowską i komunistyczną. To poprzez ujawnianie różnorakich zbrodni z przeszłości jedne państwa zyskują, inne tracą. W Polsce dominacja ideologii „grubej kreski”3 doprowadziła do uchronienia od rozliczeń całej warstwy nomenklatury byłej PZPR i ludzi byłych służb specjalnych, mających olbrzymie wpływy polityczne, a zarazem żywo zainteresowanych kreowaniem tzw. amnezji historycznej. Prawda bowiem o przeszłości była dla nich wielkim obciążeniem. W latach dziewięćdziesiątych zatem z wielką ochotą nasze elity zachłystnęły się postmodernizmem zachodnioeuropejskim, polegającym między innymi na relatywizowaniu przeszłości i ucieczce od edukacji historycznej. W szkołach polskich redukowano nauczanie historii, m. in. na wzór szkół niemieckich4. Przy czym w Niemczech było to o tyle zrozumiałe, że pamięć o drugiej wojnie światowej bardzo mocno obciążała naród niemiecki, w Polsce te ruchy można było uznać wręcz za samobójcze. Doskonale można to było zaobserwować na przykładzie działań ustawodawczych wymierzonych w Instytut Pamięci Narodowej. Z uwagi na fakt, że politykom preferującym opcję na nierozliczanie przeszłości kilka publikacji IPN-owskich (m. in. książka o Lechu Wałęsie) 5nie spodobało się, postanowili zakneblować usta „gończym historykom”, oddając inicjatywę historykom reżimowym6. Przy okazji osłabiono pozycję Polski w różnych międzynarodowych sporach historycznych. I tak na ołtarzu partyjnych interesów po raz kolejny został złożony interes Rzeczpospolitej. Podobnie rzecz się ma w sferze nauczania szkolnego. Fascynacja naszych reformatorów oświaty postmodernistycznymi trendami zachodnimi z jednej strony jest pokłosiem totalnej naiwności i sprzedajności naszych elit, z drugiej jest to powodowane płytko zdefiniowanym partykularnym interesem. Po co uczyć młodzież o historii dwudziestowiecznej, skoro wiedza ta obciąża dominujące w Polsce środowiska biznesowe i polityczne. Lepiej propagować amnezję historyczną, fascynując się przy tym publikacjami takimi, jak te autorstwa Jana Tomasza Grossa po to, aby stwierdzić, że wszyscy Polacy mają coś na sumieniu7. Nie trzeba wielkiej analizy, by stwierdzić, że jest to działalność skrajnie antypaństwowa, antypolska.
Na tym tle niemiecka polityka historyczna wygląda bardzo profesjonalnie. Mając skrajne obciążenia historyczne z czasów drugiej wojny światowej politycy niemieccy wzięli na siebie winę za zbrodnie hitlerowskie na arenie międzynarodowej. Dotyczy to nade wszystko kwestii holocaustu z uwagi na potężny wpływ środowisk żydowskich na media światowe (szczególnie amerykańskie). Niemcy nie wybroniliby się przed atakami, gdyby zaczęli negować zbrodnie drugowojenne. O wiele mniej mówi się zaś o zbrodniach niemieckich na ludności słowiańskiej w Europie Środkowej, w tym na Polakach. O ile jeszcze politycy niemieccy przyjeżdżający do Polski przyznają się do tego, o tyle nauczanie historii w niemieckich szkołach w tym zakresie jest na żenującym poziomie. Mamy tu do czynienia z taktyką judo: przyjęcie na siebie odpowiedzialności w sytuacji spłaconych odszkodowań, z drugiej strony – ofensywa historyczna pokazująca cierpienia Niemiec w czasie II wojny światowej.
O celach polityki historycznej Niemiec w ostatnim dwudziestoleciu bardzo ciekawie wypowiadał się na początku XXI wieku prof. Gerard Labuda. Czytamy: „Po zjednoczeniu Niemiec tematyka «niemieckiego wschodu» przeżywa w Niemczech renesans. Powstała wielka seria publikacji «Deutsche Geschichte in Osten Europeas» [Niemiecka historia w Europie Wschodniej]. Prof. Peter Mast wydał «Ostrpreussen und Westpreussen und die Deutschen aus Lithauen» [Mieszkańcy wschodnich i zachodnich Prus i litewscy Niemcy]. Mam przed sobą niedawno wydaną piękną historię Brandenburgii. Te publikacje łączy to, że w nich Polska i Polacy praktycznie nie istnieją. Pisane są z pozycji «utraconego dziedzictwa»”8. W tym samym czasie Polacy dokonywali działań dokładnie odwrotnych. Zaczęto na siłę wręcz doszukiwać się w czasach II wojny (dodajmy bardzo chwalebnych dla narodu polskiego) nawet najmniejszych przejawów małości czy zdrady. Drobne wydarzenia wyolbrzymiano do niebotycznych rozmiarów, wielkie czyny polskich bohaterów raczej marginalizowano. Zatracano czasem wszelkie proporcje w pokazywaniu złych kart polskiej historii. Łapczywie też wpisywano się w różnorakie niemieckie projekty historyczne potęgujące przekonanie o wielkiej roli kultury niemieckiej w historii polskiej. Najważniejsze jest to, że działania te nie znajdowały żadnej praktycznie symetrii po stronie niemieckiej.
Tymczasem niemiecka polityka historyczna konsekwentnie nakierowana była na osiąganie wcześniej nakreślonych celów. Bardzo ciekawie wyglądały obchody z 5 sierpnia 2010 roku w rocznicę sześćdziesięciolecia uchwalenia Karty Wypędzonych, stanowiącej swoiste credo Związku Wypędzonych. Obchody były zorganizowane w Stuttgarcie, gdzie przybyli politycy z pierwszego garnituru elity niemieckiej. Przewodniczący Bundestagu Norbert Lammert (CDU) określił nawet, że Karta należy do jednych z „założycielskich dokumentów RFN”. Wszystko to świadczy o znaczeniu Związku Wypędzonych, niesłusznie określanego jako ruch marginalny w Niemczech. Wszystko to działo się mimo trudnej do obrony od strony historycznej przeszłości Związku. W lutym niemiecki dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung ujawnił próby relatywizowania przez BdV nazistowskiej przeszłości pierwszych działaczy Związku.
Działania BdV nakierowane są na uznanie wypędzeń ludności niemieckiej ze wschodnich prowincji za potężną zbrodnię przeciwko ludzkości. Wszystko to miałoby uwiarygodniać Niemców we współczesnej Europie. Pojawiają się nawet tezy, jakoby Niemcy byli podwójnie pokrzywdzeni. Z jednej strony byli oni pierwszymi ofiarami Hitlera (nie dodaje się tutaj, że Hitler doszedł do władzy na skutek wyborów, że Niemcy pozostali mu wierni praktycznie do końca wojny). Robi się wszystko, aby pokazać najdrobniejszy nawet ruch środowisk antyhitlerowskich, nawet jeśli były to środowiska marginalne, nawet jeśli ujawniły się one pod koniec wojny. Czci się np. z pełnym zaangażowaniem władz państwowych rocznice zamachu na Hitlera z 1944 roku, podnosząc zamachowców do rangi bohaterów narodowych Niemiec, nie przyglądając się głębiej ich przeszłości sprzed zamachu. Niedawno otwarto uroczyście w Berlinie muzeum „Stille Helden” („Cisi bohaterowie”), muzeum poświęcone Niemcom pomagającym prześladowanej ludności żydowskiej w czasie rządów Adolfa Hitlera. Bardzo mocno podkreślana jest też działalność antynazistowskiego stowarzyszenia studentów „Biała Róża”. Mimo tego, że te ruchy opozycyjne miały poboczny charakter, są mocno przypominane i nagłaśniane. Bardzo ważne miejsce w polityce historycznej RFN zajmują również obchody rocznic nalotów bombowych dokonanych przez aliantów na Drezno9. Ma to być przykład wzajemnego okrucieństwa obu walczących stron w czasie drugiej wojny światowej i dowód skali cierpień niewinnej ludności niemieckiej w czasie wojny. O tych problemach powstają różne filmy, nie tylko dokumentalne, ale również głośne produkcje fabularne.
Od lat aktywną politykę historyczną prowadzi bawarski oddział Ziomków Sudeckich, wspierany przez miejscowe władze. Premier Bawarii Horst Seefhofer (CSU) na Zjeździe Ziomkostwa Niemców Sudeckich wsparł jednoznacznie politykę historyczną ziomkostw w maju 2009 roku. Należy dodać, że na tych zjazdach raz za razem padają żądania odwołania słynnych dekretów Benesza, na bazie których dokonało się przesiedlenie Niemców sudeckich.
Na tym tle bardzo wyraźnie uwidacznia się polityka edukacyjna. Głośnym echem odbiła się inicjatywa minister edukacji landu Nadrenia Północna-Westfalia Barbary Sommer, która zarządziła, że od roku szkolnego 2007/2008 w gimnazjach obowiązkowo miał być wprowadzony program nauczania dotyczący historii niemieckich wypędzonych. Alarmująco brzmią apele niektórych Polaków, którzy odwiedzili w Bonn „Haus der Geschichte der Bundesrepublik Deutschland”, gdzie Polacy są przedstawiani jako sprawcy niemieckich nieszczęść po drugiej wojnie światowej. Ekspozycja ta jest traktowana niemalże jako obowiązkowa dla wycieczek szkolnych i zagranicznych.
Problem pojawił się z Radą Fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” nie na skutek wątłych protestów polskich (Polacy z natury rzeczy najbardziej są zainteresowani blokadą projektu Centrum Przeciwko Wypędzeniom), lecz na skutek oporu Centralnej Rady Żydów w Niemczech, zaniepokojonej „rewanżystowskimi poglądami” Związku Wypędzonych10. Paradoksalnie to protesty żydowskich środowisk brzmią głośniej niż głosy polskie, a przypomnijmy rzecz dotyczy Niemców wysiedlonych przede wszystkim z polskich kresów zachodnich. Szczególnie kontrowersyjną postacią jest była szefowa Związku Wypędzonych Erika Steinbach (CDU)11. Jej kompletnie ahistoryczne wypowiedzi o rzekomej przyspieszonej mobilizacji wojskowej w Polsce w 1939 roku prowokującej odwet niemiecki, porównania naszej sceny politycznej do niemieckich ugrupowań ekstremistycznych, to tylko niektóre skandale z udziałem pani Steinbach. Oczywiście czynniki rządowe niemieckie odcinają się od niektórych jej wypowiedzi, jednakże główne cele berlińskiej polityki historycznej są realizowane. Mógłbym zaryzykować porównanie, że Erika Steinbach była kimś w rodzaju Palikota niemieckiej polityki historycznej. Tak jak Janusz Palikot przez lata całe wywoływał skandale, by liderzy PO mogli się do jakiegoś stopnia od niego odciąć, a z drugiej strony wykorzystać tę sytuację dla osiągnięcia konkretnego celu politycznego (również na poziomie pijarowskim), tak skandale pani Steinbach umożliwiają Niemcom osiąganie realnych celów w polityce historycznej. Dlatego te ciągłe skandale i ciągłe odcinanie się od wypowiedzi szefowej BdV nigdy nie powodują jej wyrzucenia z szeregów CDU. Podobny charakter mają działania Powiernictwa Pruskiego. Wprawdzie wniosek Powiernictwa do Trybunału w Strasburgu dotyczący odszkodowań dla wysiedlonych Niemców z polskich kresów zachodnich został oddalony, ale sprawa stanęła jako ważna na kanwie europejskiego życia publicznego.
Nie wydaje się jednak, by Niemcy chcieli zrezygnować dziś ze wszystkich roszczeń dotyczących mienia po drugiej wojnie światowej. Sami świadomi skali rabunku dzieł sztuki, którego dokonał w Europie i w Polsce Wehrmacht, deklarują działania naprawcze w tym zakresie. Niemiecki minister stanu ds. kultury i mediów Berndt Neumann, oświadczył np., że będzie dokładał starań, by odnaleźć skradzione przez hitlerowców dzieła sztuki w krajach okupowanych. Równocześnie pojawiają się żądania dotyczące zwrotu Niemcom tzw. Berlinki, tj. kolekcji niemieckich manuskryptów przechowanych w Bibliotece Jagiellońskiej. Nakładem niemieckiego wydawnictwa Harrasowitz ukazał się także obszerny katalog manuskryptów12. Widać tutaj dokładnie zastosowanie „metody judo” w niemieckiej polityce historycznej. Coś obiecać, do czegoś się przyznać, by jeszcze więcej wygrać.
Wydaje się, że największym sukcesem niemieckiej polityki historycznej jest tzw. sprawa upadku muru berlińskiego. W 2009 roku zorganizowano potężne obchody dwudziestej rocznicy zburzenia muru, rocznicy mającej być symbolem upadku komunizmu. System komunistyczny przyniósł Europie równie wielkie zbrodnie jak system nazistowski. Pokazanie, że to Niemcom zawdzięczamy upadek komunizmu w Europie to niezwykle ważna sprawa dla budowania dobrego wizerunku Niemiec w świecie. Do Berlina przybyło 30 szefów państw. Główna uroczystość zorganizowano pod Bramą Brandenburską. Głos zabrali między innymi prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew, premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown, prezydent Francji Nicolas Sarkozy, amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton, Lech Wałęsa a także Angela Merkel. Zaproszony został cały świat dziennikarski. Uroczystość miała niezwykle głośny charakter13.
Na tym tle wydaje się niezwykle skromna uroczystość Polska z 2010 roku, upamiętniająca trzydziestej rocznicy obchodów związanych z powstaniem NSZZ „Solidarność”. Polskie władze państwowe uwikłane w konflikt z Instytutem Pamięci Narodowej zmarginalizowały udział IPN w tych obchodach. Źle też był widziany udział współczesnej „Solidarności”, z uwagi na krytyczny stosunek związkowców do polityki obecnego rządu14. Jeszcze ważniejszą sprawą dla ekipy inspirowanej ideologią „Gazety Wyborczej” jest obniżenie rangi strajków solidarnościowych z uwagi na lansowaną tezę, że kluczowym wydarzeniem dla upadku komunizmu w Polsce było nie powstanie „Solidarności”, ale porozumienia „okrągłego stołu”. I tu znowu zemścił się na nas brak rozliczenia komunizmu. Polityka historyczna państwa polskiego została podporządkowana pragnieniu relatywizowania komunistycznej przeszłości Polski (późniejsze zaproszenie generała Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego jest tego namacalnym przykładem). W ten sposób przegrywamy na arenie międzynarodowej bój o pamięć „Solidarności” jako ruchu, który zapoczątkował obalenie komunizmu w Europie. Najbardziej szkodliwe było tu zmarginalizowanie IPN i zduszenie tej instytucji poprzez szkodliwą nowelizację ustawy.
Należy pamiętać, że polska polityka historyczna na początku dwudziestego pierwszego wieku największe sukcesy odnosiła dzięki pracy Instytutu Pamięci Narodowej. Ogromne zasługi w tym zakresie miał śp. prof. Janusz Kurtyka. To za jego kadencji dokonał się przede wszystkim proces rozliczania z komunizmem na poziomie prawdy historycznej. Liczba publikacji książkowych, różnorakich wystaw, konferencji była olbrzymia i pozwoliła Polakom przejrzeć swoją PRL-owską historię na sposób prawdziwościowy15. Rozpoczęto wiele dochodzeń prokuratorskich, mających rozliczyć zbrodniarzy komunistycznych. Wszystko to odbijało się też na zagranicznej polityce historycznej IPN. Książka Jana Tomasza Grossa „Strach” nie odegrała już takiej roli propagandowej, jak książka „Sąsiedzi”, gdyż IPN poprzez publikację ubeckich dokumentów dotyczących pogromu kieleckiego, a także wydając książkę Marka Chodakiewicza „Po zagładzie”16 skutecznie odparł atak zewnętrzny. Wielką rolę odegrały anglojęzyczne publikacje o zbrodniach nazistowskich i komunistycznych na Polakach. Wreszcie niezwykle ważne były wystawy międzynarodowe, jak np. wystawa o wypędzeniach Polaków przez Niemców w czasie II wojny światowej – wystawa zorganizowana w Parlamencie Europejskim.
Wszystko to działo się w sytuacji, gdy nasze władze, począwszy od lat dziewięćdziesiątych aż do jesieni ubiegłego roku, uciekały od przeszłości, biernie przyglądając się np. niemieckiej polityce historycznej. Nasi badacze poprzez różne niemieckie stypendia włączani byli w projekty pokazujące pośrednio niemieckość Śląska czy Pomorza. Polacy pozbawieni odpowiednich środków i woli rządzących nie tworzyli dzieł alternatywnych. Bardzo ciekawie brzmią tutaj słowa prof. Gerarda Labudy z 2002 roku: „Sytuacja stała się paradoksalna. Polscy historycy coraz szerzej uwzględniają rolę Niemiec i Niemców na naszych ziemiach zachodnich, natomiast Niemcy coraz mniej interesują się polskim dziedzictwem na tych obszarach. Część z nich dochodzi do wniosku, że teraz odkrywają «prawdziwą», «niezafałszowaną» historię. Uważają, że wszystkie prace powstałe w Polsce lub przygotowane we współpracy Polaków z niemieckimi uczonymi w ramach tak zwanego socjaldemokratyczno-liberalnego nurtu w niemieckiej historiografii – to historia pisana «z punktu widzenia zwycięzców». Można zaobserwować niechęć do korzystania z polskich źródeł i polskiej literatury”17.
Te słowa historyka, którego nie sposób zakwalifikować do grona badaczy „narodowo-ksenofobicznych”, co ciekawe prezentowane przed kilku laty na łamach „Gazety Wyborczej”, doskonale obrazują, w jakim kierunku poszła niemiecka polityka historyczna i na czym polegała polityka polska. Myślę, że największe osiągnięcia mieliśmy w ramach ogromnej pracy IPN. To Bowiem Instytut pozwolił oczyścić polską przestrzeń publiczną z komunistycznego bagażu. To on, prowadząc różnorakie badania, pozwolił na skuteczną obronę dobrego imienia Polaków w świecie.
Podsumowanie
Przejęcie władzy przez prawicę w zeszłym roku zrodziło duże nadzieje w środowisku patriotycznym, tak w zakresie obrony dobrego imienia Polski w świecie, jak i skutecznej polityki edukacyjnej. Bardzo ofensywne działania prezydenta Andrzeja Dudy już przyniosły duże efekty. Szczególnie Polonia bardzo mocno czuje się dowartościowana, mając poczucie narodowej dumy. Ogromne nadzieje wiązane są z działaniami Instytutu Pamięci Narodowej pod kierownictwem nowego prezesa. Przywracanie pamięci żołnierzy niezłomnych, plany rozległej akcji edukacyjnej to tylko nieliczne z wielu zadań, które stawia przed sobą IPN. Najważniejsze jednak wydają się zapowiedzi reformy polskiego szkolnictwa, w którym nauczanie historii ma należeć do kwestii wybitnie priorytetowych.